Przejdź do głównej zawartości

Jedno z opuszczonych domostw

 Poznając okolicę, natknąłem się już na kilka opuszczonych domów. Nie dziwił mnie ten widok, bo opowiadano mi, że Fjara w ostatnich dekadach coraz bardziej się wyludniała. Postanowiłem nawet, że po wybudowaniu pustelni, przeszukam okoliczne domy w poszukiwaniu potrzebnego mi wyposażenia. Skoro dawnym właścicielom już się nie przydadzą, dlaczego ja nie miałbym zrobić z nich użytku? 

Pomysł ten przedstawiłem jednemu z mieszkańców wyspy, staremu Wsiewołodowi Myszkinowi. Jest on chyba najbogatszy spośród pozostajacych na Fjarze. Dekadę temu pełnił jeszcze funkcję wójta, jednak po przejęciu ziem przez NUPIA zaprzestano utrzymywania jakiejkolwiek administracji lokalnej. Dla tubylców jednak po dziś dzień Myszkin jest wójtem, najważniejszym spośród nich wszystkich. Bardzo ucieszyło mnie, gdy zostałem zaproszony do jego dworku. Był to w zasadzie mały pałacyk, zdecydowanie odbiegający wyglądem od innych budynków na wyspie. Niestety widać było pewne ślady zaniedbania: odpadający tynk, urwane dachówki. Uderzył mnie również chłód panujący wewnątrz. Miałem wrażenie, że podupadająca rezydencja jest odzwierciedleniem podupadającej pozycji Myszkinów. Wsiewołod mieszka tutaj sam z jedną służącą. Choć jest on jedynym mieszkańcem Fjary posiadającym służbę, jedna osoba wyraźnie nie daje sobie rady ze wszystkimi obowiązkami. W przeszłości pracę u wójtostwa musiało podejmować znacznie więcej ludzi. Żona gospodarza zmarła kilka lat temu, zaś jego dzieci wybrały życie poza wyspą. Agłaja jest lekarką w Pagansadze, Mikołaj pracuje w administracji Fjary, zaś najmłodsza córka, Anastazja, wyjechała do Bialenii, gdzie prowadzi restaurację z kuchnią aharską. Nic dziwnego, życie na wymierającej wyspie nie jest szczególnie atrakcyjne. 

Dziejom rodziny Myszkinów i interesującej psychologii Wsiewołoda poświęcę kiedyś osobny wpis, teraz pozwolę sobie wrócić do tematu. Gdy zacząłem opowiadać Myszkinowi o domostwach z których chciałbym wynieźć pewne przedmioty do pustelni, opowiadał mi on o ich dawnych mieszkańcach. Niektórzy zaglądali jeszcze niekiedy na Fjarę (tych oczywiście nie będę okradał), jednak innych nie widziano od dziesiątek lat. Gdy zacząłem opisywać jeden z domów, Wsiewołod powiedział tylko, iż "tam lepiej nie chodzić"; mimo nalegań nic więcej nie chciał dodać, ani opowiedzieć o mieszkańcach tego gospodarstwa. Uznałem to za niezwykle dziwne. 

Na szczęście utrzymywałem kontakty również z innymi obywatelami Fjary. W czasie kolacji u Asz-Szufich wspomniałem o niecodziennym zachowaniu wójta. Po ich minach od razu poznałem, że za owym domem kryje się większa tajemnica. Początkowo nie chcieli nic opowiadać, później jednak Gulnar, żona głowy rodziny, zdecydowała się ujawnić mi przynajmniej część prawdy o budynku i jego dawnych mieszkańcach. Opuszczony dom nie był zbyt stary, jak na realia Fjary, powstał bowiem w latach 40. Jego właściciele byli nietutejsi, sami przedstawiali się jako Bialeńczycy, ale krążyły na ten temat różne historie. Państwo Cienioborscy nie wchodzili w żadne bliższe interakcje z mieszkańcami Fjary, często opuszczali wyspę swoim jachtem, ich dzieci nie chodziły do tutejszej szkoły i unikały rówieśników. Po trzech latach zniknęli bez żadnego pożegnania. Ówczesny wójt starał się ustalić, co się z nimi stało, ale władze odmawiały jakichkolwiek informacji. Po kilku miesiącach w owym dworze pojawił się stary, jednooki stróż, któremu zawsze towarzyszył duży amstaf. Ochroniarz był równie mało towarzyski, jak poprzedni właściciele. Z niego również nie udało się wyciągnąć tajemnicy. 

Pod koniec lat 50. willę kupiła baronowa Niederburg, wdowa po winkulijskim pułkowniku. Wszyscy dziwili się, po co jednej osobie tak duży dom, ale wkrótce przynajmniej ta jedna zagadka została rozwiązana - otworzyła ona Pensjonat Excelsior. Jego historia nie była długa, po kilku miesiąch recepcjonistka zabiła właścicielkę. Motywu nie ustalono. Miejscowi żartują, że było to ostatnie przestępstwo popełnione na Fjarze. Syn zamordowanej wystawił pensjonat na sprzedaż, ale - co w zaistniałej sytuacji nie dziwi - długo nie mógł znaleźć kupca. Wreszcie budynek kupił wolnogradzki milioner, które postanowił urządzić tu swoją letnią rezydencję. Od czasu do czasu przybywał tu wraz z rodziną, niekiedy przyjmowano gości, jednak po zaledwie kilku latach jego firma splajtowała, a on sam rzucił się z urwiska do morza. 

Od tego czasu nikt już nie miał wątpliwości - jest to dom zły. Tym bardziej dziwi, że w latach 90. władze wykupiły posesję i przeniosły tu... szkołę. Jednak gdy nietrzeźwy wuefista spadł z dachu, rodzice uczniów wymusili powrót do poprzedniego budynku. Od tego czasu willa stoi pusta. Jej czarna legenda nie zachęca do wchodzenia tam, a tym bardziej wynoszenia stamtąd jakichkolwiek przedmiotów. Może jednak należałoby przeprowadzić tu egzorcyzmy...?

Komentarze